Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy [Znak Literanova]
Jeśli umrzemy, to kiedy ludzie się w ogóle zorientują, że nas nie ma? [...] Czy ktoś powie światu, że miałem wiele marzeń? Że chciałem zwiedzić Włochy i Maroko? Czy ktoś opowie moją historię? Czy będę po prostu "zmarłym mężczyzną"?
Rok zaczęłam od mocnego tytułu. Teoretycznie niezbyt odpowiedniego na czas leniwego odpoczynku. Ale w czasie, gdy ja odpoczywam, mieszkańcy Gazy cierpią. I to już kolejny rok. Takich przeżyć nie da się pojąć w pełni, a minimum, które możemy zrobić, to wsłuchać się w głos mieszkańców tych terenów. I właśnie wysłuchanie jednego z tych głosów umożliwia lektura Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennika z Gazy.
„Robiąc sobie śniadanie, pomyśl o innych. (Nie zapomnij nakarmić gołębi)” – Mahmud Darwisz, palestyński poeta
Niedziela, 7 października 2023 roku. Pewien anonimowy mężczyzna ma już plany na ten dzień: najpierw tenis, później wizyta u lekarza. Jednak z dnia na dzień wybucha wojna i jego życie wywraca się do góry nogami. Razem z siostrą zabierają koty i uciekają przed bombardowaniami aż odnajdują schronienie w ciasnym pokoiku już i tak przeludnionego mieszkania.
Aby nie stracić poczucia czasu, mężczyzna zaczyna pisać dziennik, w którym przez następne miesiące relacjonuje swoją codzienność.
Dziennik był publikowany przez pierwsze miesiące wojny na łamach „Guardiana”. To niezwykle szczere, uniwersalne – i przy okazji świetne pod względem literackim – świadectwo wojny – przedstawionej z perspektywy jednego z miliona punkcików świetlnych, które gasną jeden po drugim na wciąż ciemniejącej mapie Gazy.
To nie jest książka, która powinna podlegać takiej samej ocenie jak powieści i reportaże, ponieważ nikt z nas nie ma kompetencji, by oceniać czyjeś doświadczenia. Można tę lekturę przeżyć i przemyśleć, podobnie jak od lat robimy, sięgając po wspomnienia ofiar wojen i reżimów. Lektura jest tym bardziej bolesna, że cierpienie mieszkańców Gazy się nie skończyło i nie zanosi się na to, że ich los się w najbliższym czasie odmieni.
Anonimowy autor (być może kiedyś dane nam będzie poznać jego nazwisko, ale obecnie ujawnienie personaliów mogłoby narazić go na niebezpieczeństwo) w osobistych zapiskach dzień po dniu wprowadza nas w swoją codzienność, w codzienność ludzi zmuszanych do opuszczenia swoich domów, bliskich, do życia w poczuciu nieustannego zagrożenia.
W obrazach kreślonych przez autora nie ma drastycznych scen, które wielu z nas kojarzy z telewizji i czy raczej z social mediów. Nie ma opisów masakr, echa krzyków uwięzionych pod gruzami. Nie ma morza krwi. Autor nie epatuje makabrą i zdaje sobie sprawę, że w porównaniu z innymi ma sporo szczęścia, jednak opis degradacji codziennej rutyny uderza czytelnika po oczach równie dotkliwie.
Szczerze mówiąc, jestem zmęczony rozmową o Gazie. Nawet ludzie spoza Gazy mówią wyłącznie o nas. Chcę rozmawiać o książkach, muzyce, miłości, jedzeniu i pracy. Niestety nie mogę cieszyć się tym przywilejem.
W obrazach kreślonych przez autora widzimy, jak to, co bierzemy za pewnik, okazuje się luksusem, jak ludzie odzierani są z godności w chwilach, gdy odbiera im się poczucie bezpieczeństwa, dom, a stopniowo poza zasięgiem znajdują się przedmioty codziennego użytku, o których na co dzień w ogóle nie myślimy. Jasne, najbardziej dotkliwe jest nieustanne zagrożenie, brak leków, żywności i wody, ale utratę godności sygnuje choćby... wycieranie nosa ręką, gdy brak jakichkolwiek chusteczek. To, czego dzień po dniu doświadcza autor dziennika, zmusza do refleksji równie mocno co liczby ofiar i druzgocące obrazy dokumentowane w Strefie Gazy. Serce ściskają też drobne refleksje, zapisy tęsknot za tym, co dla nas pozostaje na wyciągnięcie ręki.
Ten intymny dziennik nigdy nie miał nas szokować plastycznymi, makabrycznymi obrazkami. To właśnie obraz rozpadu znanego autorowi świata, zwykłej, oswojonej codzienności, redukcja marzeń pokazuje tragizm sytuacji Palestyńczyków w Strefie Gazy. Bo autor daje nam się poznać jako zwykły człowiek, zupełnie do nas podobny, zapalony czytelnik marzący o podróżach i ratujący okoliczne koty w chwili, gdy sam zmaga się z trudnościami. Właśnie dlatego lektura jest tak dojmująca smutna i przerażająca. Bo uświadamiamy sobie, że to samo mogłoby spotkać i nas...
Nie będę dokonywać literackiej oceny tej książki, za to powiem jedno. Trzeba po nią sięgnąć by głos tych, którzy cierpią, nie zanikł gdzieś pośród ciszy. Ci, którzy cierpią, zasługują na wysłuchanie. Na wysłuchanie opowieści o sobie, jak o to prosił w swoim wierszu Jeżeli muszę umrzeć prosił palestyński poeta Refaat Alareer. Ten dziennik jest głosem, który w jednostkowym przeżyciu zawiera okruch uniwersalnej prawdy o doświadczeniach Gazańczyków.
Chcę po prostu wrócić do czasów, gdy mogłem spędzić cały dzień w łóżku i czytać jedną książkę za drugą, podczas gdy za oknem padał deszcz. Wówczas bałem się jedynie tego, że umrę, zanim się naczytam cudownych, wspaniałych książek. Teraz boję się, że umrę, zanim się nażyję.
Autor: –
Tytuł: Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy
Wydawca: Znak Literanova]
Egzemplarz recenzencki
![Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy [Znak Literanova]](https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgXd5psUGPvZw-95oOAyMjrN0YiiynuL5Nrp0Na2YzNyw4zj6iQItfN9HSQmkDTLshKB33ruQr0DyTGPIYvVURblJ3GkxsEFKAxxhZbienPZOVq8zYICBWBZxXQ2y7SQ_4cSAOHZ1MhGLO-07ee8JHTX1Je9CPl94TyS17w3anzJqX3qIVG-Bj-KgqVC54/w480-h640/Nie%20zapomnij%20nakarmi%C4%87%20go%C5%82%C4%99bi.%20Dziennik%20z%20Gazy%20%5BZnak%20Literanova%5D.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz