[Recenzja przedpremierowa] Robert M. Wegner, Dusza pokryta bliznami [Powergraph]

 

[Recenzja przedpremierowa] Robert M. Wegner, Dusza pokryta bliznami [Powergraph]

Uwielbiam cykl Roberta M. Wegnera Opowieści z meekhańskiego pogranicza. I nie wstydzę się powtarzać, że to jedna z najlepszych rzeczy w polskiej fantastyce. Nie wiem, ile już razy czytałam pięć dostępnych tomów, ale za każdym razem bawię się świetnie. I wciąż moje uwielbienie nie osłabło, mimo że autor baaardzo testuje naszą cierpliwość. Na 6 tom przyszło nam bowiem czekać od 2018 roku, najdłużej w historii serii. Ale oto nadeszła wiekopomna chwila i od 5 grudnia Dusza pokryta bliznami będzie dostępna dla wszystkich.

Świat się zmienia. Bóstwa znów chodzą między śmiertelnikami, używając ludzi jako narzędzi w swoich okrutnych walkach, odmieniając losy jednostek i imperiów.

Słynny oddział Górskiej Straży, Czerwone Szóstki, zostaje oskarżony o zdradę i zesłany do zamku Langre. Tam, w kamieniołomach kruszy się nie tylko skały, ale przede wszystkim dusze osadzonych.

Imperium ma większe problemy niż los pojedynczego oddziału. Uroczyska w całym Meekhanie plunęły dymem, popiołem i monstrami nie z tego świata. Powietrze i ziemia zostały skażone, ludziom grozi klęska głodu. Imperator Meekhanu – zależnie od tego, w którą z plotek się wierzy – został ranny lub zginął w walce z potworami.

Świat się zmienia, a dla niektórych – kończy.

Ta powieść ma jedną zasadniczą wadę. Jest o wiele za krótka jak na te lata oczekiwania. Z drugiej jednak strony jej objętość jest tak bardzo w punkt, że nawet trudno się o to wściekać. Bo autor dokładnie wie, co chce opowiedzieć i jaki fragment tej historii przedstawić za jednym razem. Trudno się wyzbyć wrażenia, że zaczął i zakończył w idealnym momencie i dobrał elementy historii tak, by wybrzmiało wszystko, co trzeba.

Niestety to oznacza, że ta część podejmuje jedynie część z wątków, które w ramach cyklu rozpoczął i tylko na dwóch krańcach imperium koncentruje swoją uwagę. Nie na wszystkie pytania, z którymi zostaliśmy pozostawieni po lekturze Każdego martwego marzenia dostaniemy też odpowiedzi. A choć zawieszenie, w jakim zostajemy pozostawieni w wielu kwestiach, może być torturą, to jest to tortura rozkoszna, bo emocjonująco rozwijają się te wątki, którym autor poświęcił w tym tomie uwagę.

Na początek... Czerwone Szóstki. Cóż, dla mnie to wątek zawsze bardzo emocjonujący, bo polubiłam tych Górali i ich rudego przywódcę od pierwszych stron i mocno angażuję się w ich przygody. A w końcu ostatnia zakończyła się cliffhangerem, który po prostu MUSIAŁ zostać podjęty. I co tu dużo mówić, śledząc rozwój wypadków miałam ochotę na przemian uściskać i udusić autora, a finalnie... No cóż, nie mogę powiedzieć. Za to mogę was zapewnić, że autor doskonale wie, co robi i do którego punktu chce historię doprowadzić, nie ulegając naciskom fanów. I robi to z żelazną konsekwencją, rewelacyjnie wykorzystując emocje czytelników.

Nie inaczej jest z członkami czaardanu Laskolnyka, którzy pozostali w Białym Konoweryn, choć w przypadku tej powieści Wegner skupia się przede wszystkim na trzech kobietach, które pozostają w gościnnych murach Domu Kobiet. Tu może wydawać się, że popadamy w stagnację, ale ten bezruch jest pozorny. Przypomina ciszę przed burzą, w czasie której z narastającym napięciem  obserwujemy nadciągające chmury. 

Trzeci rozwijany przez autora wątek najmocniej związany z tytułem (och, jak ja uwielbiam te wegnerowe tytuły i głębię znaczeń) i dotyczy Nocnej Perły, która stała się schronieniem dla wyniszczonych głodem plemion. Ich koegzystencja wcale nie jest jednak oczywista, a autor z autentycznością portretuje proces wzajemnie budowanej relacji między przedstawicielką Nieśmiertelnej Floty oraz plemion, które nigdy nie żeglowały.

Wegner jak zwykle po mistrzowsku konstruuje akcję, to przemieszczając figury po skrupulatnie zbudowanej planszy, to je na niej wstrzymując. A jest to tym ciekawsze, że sama plansza ma więcej niż jeden poziom. Dzieje się tu zatem na poziomie ludzkim, magicznym i boskim. Emocje rozpinają się między lojalnością i odwagą, tchórzostwem i zawiścią, kruchymi sojuszami i niezłomną determinacją. A wszystko to w starannie dobranych proporcjach.

Mistrzostwo Wegnera polega na tym, że potrafi żonglować emocjami czytelnika i nawet kiedy wydaje się, że fabuła nie posunęła się wyraźnie do przodu w skali makro, to w mikroskali dzieje się wiele. Jest tu przestrzeń dla bohaterów, dla relacji, spostrzeżeń i przemyśleń, jest też prawdziwy rollercoaster uczuć. Czego za to nie ma? Królików wyciąganych z kapelusza. Bo wszystko, co się dzieje, znajduje umocowanie. Wynika z konstrukcji mentalnej bohaterów, z indywidualnych decyzji lub reakcji na inne wydarzenia - te z przeszłości i te rozgrywające się obecnie.

Oczywiście żałuję, że nie wszystkie wątki zostały podjęte. Że nie wiemy, co wydarzyło się na uroczyskach i gdzie jest Laskolnyk. Jednocześnie uważam, że jako czytelnik dostałam dopracowany, przemyślany wycinek historii, która będzie podwaliną dla dalszych wydarzeń. Nawet jeśli pewne kwestie złamały mi serce, trudno czuć rozczarowanie, bo dokładnie rozumiem, z czego pewne decyzje fabularne wynikają. A to sprawia, że opowiadana przez autora historia jest żywa, wiarygodna i przy całej swej fantastyczności autentyczna. 

Jeśli oczekujecie po fantastyce sukcesywnie rozbudowywanego świata, różnorodności etnicznej, religijnej, społecznej i geograficznej, rewelacyjnie kreowanych bohaterów, intryg na poziomie ludzkim i boskim, magii, spektakularnych bitew i opowieści budowanej z epickim rozmachem - znajdziecie to wszystko w powieściach Wegnera. A Dusza... nie odstaje od poprzednich części ani na jotę. Lektura zapewniła mi rozrywkę wysokiej klasy i całe spektrum emocji. Zakończyła się jak zwykle interesującym cliffhangerem i jedyne, na co mam nadzieję, to zdecydowanie krótszy czas oczekiwania na kontynuację. Drogi autorze, nie zawiedź nas w tym względzie, bo literacko wszystko się zgadza.

Autor: Robert M. Wegner
Tytuł: Dusza pokryta bliznami 
Wydawca: wydawnictwo Powergraph

Egzemplarz recenzencki

Komentarze

Copyright © zaczytASY