Douglas Stuart, John, syn Johna [Wydawnictwo Poznańskie]

 

Douglas Stuart, John, syn Johna [Wydawnictwo Poznańskie]

Polskiemu czytelnikowi nazwisko Douglasa Stuarta nie jest obce, głównie za sprawą entuzjastycznie przyjętego Shuggie Bain. Teraz autor daje nam nową powieść, John, syn Johna, w której ponownie pochyla się nad skomplikowanymi relacjami.

John-Calum Macleod, syn Johna, powraca do domu po długiej nieobecności, by zaopiekować się swoją babcią. Młody mężczyzna jest pełen obaw – co, jeśli powrót na smagane wiatrem wzgórza jest tak naprawdę skazaniem samego siebie na wieczną stagnację?

Jego ojca, surowego diakona, martwią długie włosy syna i jego niechęć do bycia zbawionym. Szybko okazuje się, że zbudowanie pomostu między tak odległymi sobie światami nie będzie łatwe. Obaj mężczyźni przeczuwają, że kruchy porządek ich rodzinnego życia niebawem legnie w gruzach.

To pełna emocjonalnego ciężaru historia o więzach, które zarazem chronią i zniewalają. Stuart z czułością oraz bezkompromisową szczerością pyta: czy można być naprawdę sobą w miejscu, które nazywa się domem?

Czasem czytamy książki, żeby uciec od świata, a czasem, żeby go mocniej poczuć. I powieść Stuarta zdecydowanie zalicza się do tej drugiej kategorii. To jedna z tych lektur, które czyta się ze ściśniętym żołądkiem, frustrująca, bolesna i prawdziwa. A przy tym intymna.

To powieść niezwykle kameralna, która przenosi czytelnika do zamkniętej społeczności na jednej ze szkockich wysp. Społeczności protestantów przywiązanych do swej wiary i tkwiącej w ogromnie tradycyjnych rolach. To nie jest dobre miejsce do życia dla nikogo, kto choć trochę odstaje od oficjalnie przyjętych norm, kto nie godzi się na narzucane zasady, a nawet dla tych, którzy mają odwagę myśleć inaczej niż ich przodkowie.

W tę duszną, ogromnie wiarygodnie zbudowaną atmosferę zostaje - ponownie i wbrew sobie - wtłoczony Cal, dwudziestoparolatek tuż po studiach, które były nadzieją, ale na razie przyniosły jedynie rozczarowanie. Pogrążony w długach, tułający się po kanapach znajomych młody mężczyzna, wcale nie chce wracać do surowych realiach domu, do równie surowego ojca. Tyle że w pewien sposób nie ma wyboru. 

Ten powrót jest bolesny z wielu powodów. Jedną jest rozczarowanie samym sobą, ale też poczucie wstydu, że być może zawiódł pokładane w nim nadzieje. Ale przede wszystkim dlatego, że jako młody homoseksualista nie umie sobie na wyspie bez perspektyw zawodowych i osobistych znaleźć miejsca. 

W opowieści Stuart dokonuje drobiazgowe wiwisekcji relacji rodzinnych i społecznych Cala i Johna. Na pierwszym planie jest oczywiście naznaczona traumą opuszczenia relacja ojca i syna. Porzucony przez żonę John mieszka z teściową, pielęgnując urazy i wiarę, i wychowuje syna. Jednocześnie skrywa przed nim ogromną tajemnicę, która kładzie się na ich stosunkach cieniem. 

Autor mieli w żarnach wszystkie niedomówienia, surowe wytyczne religijne, niepogodzenie z sobą. Stawia pytanie o to, czy relacja zbudowana na kłamstwach, półprawdach i tajemnicach w ogóle jest możliwa. Jest ta relacja jedną wielką wciąż rozdrapywaną raną, na którą nakładają się oczekiwania społeczne, prawdziwe i urojone, oraz napięte więzi z pozostałymi bliskimi.

Stuart stawia pytania o poczucie tożsamości i przynależności, o współzależność w relacji, niezdrowe mechanizmy poczucia winy i buntu. Surowy klimat wyspy i życia, które wiodą jej mieszkańcy, potęguje efekt i porusza do głębi. Autor bardzo empatycznie wchodzi w relacje bohaterów, prezentując je w sposób z jednej strony surowy, z drugiej intymny. Nie ocenia, nie staje po żadnej ze stron, pozwalając czytelnikowi stopniowo rozumieć, co ukształtowało ludzi takich, jakimi są obecnie i jak trudno im wyjść poza własne ograniczenia. Nie znaczy to, że lektura nie jest frustrująca, bo bywa taka niejednokrotnie, ale pogłębiony portret psychologiczny postaci pozwala wykroczyć poza frustrację i dojrzeć człowieka obnażonego ze wszystkich masek i zbroi, którą wdziewa dla świata.

Są w tej książce rewelacyjne kreacje bohaterów, którym możemy przyjrzeć się z wielu stron. Są też te celowo mniej dogłębne analizy postaci, które w odpowiednim momencie pokazują się Johnowi i Calowi z zupełnie innej strony. Szkoda mi jedynie, że tak mało uwagi poświęcił autor matce, której motywacje i życiowe wybory są pokazane nieco zbyt pobieżnie.

Surowy klimat doskonale współgra z emocjonalnym rozdarciem kluczowych bohaterów, a Stuart wdzięcznie i plastycznie opisuje krajobraz i realia życia na wyspie. Jednocześnie z dużym wyczuciem i interesująco wplata w fabułę lokalne tradycje tkackie i trudności dla producentów tkanin pojawiające się wraz ze zmianami na rynku odzieżowym.

Powieść jest nie tylko wiwisekcją relacji synowsko-ojcowskiej, ale też studium wzorców męskości i prawości. Pokazuje wspaniale rozdarcie między własną tożsamością i orientacją a wiarą i surowymi zasadami. Pokazuje też ogrom poświęcenia kobiet dla swoich mężczyzn. To także książka o wstydzie, który naznacza wszystkich i wszystko, o ciągłym osądzaniu innych i samego siebie, wyniszczającym, palącym i degradującym. Węzeł gordyjski ludzkich losów w wyspiarskim tyglu jest skomplikowany, ale na swój sposób fascynujący i świetnie uchwycony w słowach i między nimi.

To powieść bardzo dojrzała, która buduje znakomitą przestrzeń do refleksji. Jest spojrzeniem w przeszłość, która przekłada się też na teraźniejszość. Dobitnie krzyczy w niej ból niewypowiedzianych słów i nieodkrytej prawdy, przez co staje się opowieścią o ludziach nieustannie żyjących w niezgodzie z sobą samym. To pytania o wybory, o to, czy odwagą jest pozostanie, czy odejście. Ale też uldze, jaką daje zrozumienie drugiego człowieka, nawet jeśli nie może być pełne. Wspaniała, porywająca proza, choć opowieść frustruje ogromnie.

Autor: Douglas Stuart
Tytuł: John, syn Johna 
Tłumacz: Maciej Studencki
Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Egzemplarz recenzencki

Komentarze

Copyright © zaczytASY